Friday, 17 February 2012

Street art

Street art w Chile jest wszedzie i zachwycil nas jego poziom. Sztuka jest wysoko rozwinieta, co widac nie tylko na murach, ale tez w galeriach i kawiarniach.
Artysci upodobali sobie szczegolnie Valparaiso. Czemu akurat to miasto? Podobno street artowcy maluja je, by odzyskalo swoja dawna swietnosc. Niegdys bylo jednym z najbogatszych miast z poteznym portem, teraz jest tam najwieksze bezrobocie w calym panstwie i nie stac go na odnowe budynkow.
Centrum to piekne potezne kolonialne kamienice. Wyzej miasto zmienia swoj charakter. Na wzgorzach pietrza sie kolorowe proste domy, malowane na rozne kolory, badz zdobione muralami.
Poniewaz miasto jest gorzyste do poszczegolnych jego rejonow mozna dostac sie windami (ascensores) lub licznymi kolorowymi schodami.
Zakochalysmy sie w Valparaiso. Spacerujac jego ulicami, czekalysmy tylko co ciekawego zobaczymy za kolejnym zakretem. Jest ono dla nas zdecydowanie najciekawszym sposrod wszystkich chilijskich miast.
































Chill w Chile

Z Boliwii do Chile dostajemy sie przez nieoficjalna granice. Mala, ledwo dostrzegalna tablica i budka celnikow. Prosza o paszport i 20 bolivianos. Tlumaczymy, ze nie mamy tyle (co jest prawda) i czy mogliby dla nas obnizyc cene ´bajo un poco precio por favor, somos estudiantes´. Udalo sie, tygodnie praktyki w Peru i Boliwii zdaja rezultaty :)
Po przekroczeniu granicy obserwujemy zupelnie inny swiat. Nowoczesne knajpy, puby, ludzie ubrani zupelnie inaczej. Juz nie ma sladu po barwnych cholitach.
Naganiacze z restauracji, biur podrozy i hoteli. Ceny wyzsze niz w Boliwii kilkakrotnie!!
Blues i rock plynacy z glosnikow, koniec z tanim boliwijskim disco polo :))
Jedzenie jest dosyc roznorodne, widac tu wplywy kuchni z calego swiata. jednak na ulicach kroluja empanady. To podobne ksztaltem do naszych pierogow pieczone lub smazone ciasta z roznym nadzieniem w srodku. Glownie z serem lub miesem w roznych konfiguracjach, np. z dodatkiem owocow morza, szpinaku lub innych warzyw. Jedna empanada, ktora jest kilkukrotnie wieksza od naszego polskiego pieroga kosztuje ok. 1$
Powszechnie znanym daniem jest tez Completos, czyli hot dog z avocado, ktore z reszta wystepuje prawie w kazdej chilijskiej potrawie. Avocado wystepuje tu w dwoch rodzajach. Duze zielone, ktore znamy z polskich sklepow i male ciemno- fioletowe.
Chilijczycy podobnie jak boliwijczycy jedza duzo salchipapas tj. frytki z usmazona, pokrojona parowka.
Zadziwia nas jak duzo mozna tu znalezc dan uwazanaych przez nas za najzwyklejszy fast-food, jednak nawet nas kusza jego niskie ceny.
Nowoscia dla nas byly tez koktajle, lody oraz desery z chirimoyi i papayi. Chirimoya to owoc o kremowym miazszu z czarnymi pestkami i zielona skorka z wypustkami. Pychaaa!!!
W Chile chilujemy sie, czas plynie jakby wolniej, ludzie sa spokojni i wyluzowani. Ten nastroj udziela sie rowniez i nam.
Przemierzanie Chile jest ciekawe i proste, bo w zasadzie odbywa sie po linii polnoc- poludnie. My zaczelysmy od polnocy, Atacamy i dojechalysmy do polnocnej Patagonii. Roznice miedzy tymi regionami sa znaczne. polnoc jest sucha, goraca i zamieszkala przez indian, metysow i bialych. Poludnie to geste, zielone lasy, chlodny klimat i glownie przybysze z Europy.
Pierwszym miastem na naszej drodze jest San Pedro de Atacama. Miasto, w ktorym ludzie sa turystami albo naganiaczami. Samo miasto jest klimatyczne, domy sa zrobione glownie z gliny, a uliczki niewyasfaltowane.
Postanawiamy sprawdzic nasza wytrzymalosc w warunkach pustynnych. Pedalujemy 15km w jedna strone, by dotrzec do Valle de la Luna. Suchej doliny z licznymi formacjami skalnymi, wydmami i jaskinia. Zapasy wody, ktore przygotowalysmy koncza sie szybko, a na widok kolejnej gorki prawie mdlejemy. Zaraz po powrocie z pustynnej eskapady ruszamy z wycieczka w kierunku Laguny Cejar, by zazyc solnej kapieli. Zachod slonca podziwiamy na Salar de Atacama z pisco sour w dloni. Jest to podobne solisko do tego w Uyuni, jednak znacznie mniejsze i nie robi juz na nas takiego wrazenia, podobnie jak reszta krajobrazow Atacamy, najsuchszej pustyni na swiecie.
Niebo w polnocnym Chile jest tak czyste, ze zachecilo naukowcow do wybudowania tu kilku obserwatoriow. My wybralysmy sie do Observatorio Mamalluca. Przemila pani przewodnik opowiedziala nam o gwiazdach i planetach. Widzialysmy przez teleskop ksiezyc, mars, jupiter, wiele gwiazd i konstelacji. Noc byla niezapomniana.
W La Serenie spedzamy trzy dni krecac sie po centrach handlowych. Nie, nie nudzi na sie! Wrecz przeciwnie, otoz szukamy namiotu. Po dlugich i burzliwych poszukiwaniach udaje nam sie znalezc 4-osobowy namiot. My trzy i nasze plecaki. Kolejne kilogramy dochodza nam na barki, jednak campingowanie w Chile, Argentynie i Brazylii pozwoli nam zatrzymac nieco wiecej papierow w portfelu. Sa to drogie kraje, a klimat sprzyjajacy.
Nie moglysmy sie doczekac i jak tylko dojechalysmy do Puerto Varas w polnocnej Patagonii, od razu rozlozylysmy nasz namiot. To byl blad. Pierwszej nocy, mimo ze zalozylysmy na siebie wszystko co mialysmy, przemarzlysmy do szpiku kosci albo i glebiej :) Tak, teraz sie z tego smiejemy, ale wtedy bylo nam tak zimno, ze kazdego kolejnego wieczoru opoznialysmy nasz powrot do namiotu, byle jak najdluzej pobyc w jakims cieplym pomieszczeniu. To byl idealny moment na wyprobowanie roznych chilijskich win :)
Puerto Varas jest polozone nad jeziorem Llanquihue, z ktorego roztacza sie widok na pobliskie wulkany Osorno i Calbuco. Samo miasto ma klimat polskich mazur poprzez niemiecka architekture, roslinnosc i mieszkancow, glownie emigrantow z Niemiec. Jednego dnia trafilysmy nawet na swieto Dia del kuchen, gdzie kobiety wygladajace jak Heidi z Tyrolu serwowaly ciasta. Ceny w tym miescie sa znacznie wyzsze niz na polnocy Chile, wiec chcialysmy stamtad jak najszybciej wyjechac. Niestety, utykamy tu na 3 dni. Nie mozemy sie stad wydostac, bo nie ma miejsc w autobusach, a najblizsza lodz jest za 2 dni. Sprawdzilo sie patagonskie powiedzenie ¨Quien se apura en la Patagonia pierde el tiempo¨ czyli ¨Ci, ktorzy sie spiesza w Patagonii traca czas¨.
Nie spieszac sie wiec, opuszczamy Chile i jedziemy zobaczyc czy argentynska Patagonia jest rownie zimna :)


W drodze do Valle de la Luna






Pustynia Atacama - Valle de la Luna


Niebezpieczny zakret ;]
Valle de la Luna

Salar de Atacama

Salar de Atacama


Salar de Atacama


Zachod na Salar de Atacama


 Winnice w Valle del Elqui


 Valle del Elqui


 Valle del Elqui


 Valle del Elqui


Widok na ksiezyc z obserwatorium Mamalluca


Zycie nocne w La Serenie


Zycie nocne w La Serena


Viña del Mar


Viña del Mar


Viña del Mar


Oryginalny posag Moai z Wyspy Wielkanocnej
w muzeum w Viña del Mar


Slynne chilijskie salchipapas z dodatkami


Puerto Varas z wulkanem Osorno w tle

Saturday, 4 February 2012

Krajobrazy Boliwii

Zmeczone smogiem boliwijskich miast postanawiamy poobcowac troche z boliwijska natura. W tym celu wybieramy sie do Uyuni, z ktorego zaczynamy 3 dniowa wycieczke, ktora swoj koniec ma miec juz w Chile -  w San Pedro de Atacama.
Salar de Uyuni, slone wyschniete jezioro o powierzchni ok. 12 tys. km2 to magiczne miejsce. Jego biel i jasnosc jest tak silna, ze nie sposob patrzec na nie bez okularow. Poraza swoim pieknem, zdaje sie byc innym swiatem, niebem. Jakby wokol nie bylo nic (poza kilkunastoma terenowymi autami z turystami). Zreszta obszar jeziora jest tak wielki, ze faktycznie z jednej strony na horyzoncie jest pustka. Z drugiej widnieja wulkaniczne szczyty. Znajdujemy sie bowiem na Altiplano, na wysokosci prawie 4000 m.n.p.m. Poklady soli znajdujace sie tutaj sa wystarczajace by posolic kazda potrawe na talerzu w boliwijskim domu. Sol w tym kraju jest naprawde slona, co czuc bylo w kazdym zamawianym daniu.
Z Salara jedziemy do Eduardo Avaroa National Reserve de Andean Fauna. W drodze podziwiamy piekne krajobrazy i lokalne zwierzeta: viscache-podobne do krolika, ale z dlugim ogonem, strusie, lamy i wikunie. Mamy szczescie, ze zobaczylysmy to ostatnie zwierze, ktore jest dzikie, plochliwe i jak dotad nie udalo sie czlowiekowi go udomowic. Trzeba sporo trudu by je zlapac, dlatego zapewne welna z tego delikatnego pieknego stworzenia jest najdrozsza w Boliwii. Dla przykladu sweter kosztuje okolo tysiaca dolarow!
Rezerwat miesci laguny i gejzery. Kazda laguna ma inny kolor, stad ich nazwy: Laguna Colorada, Laguna Verde i Laguna Blanca. Kazda z nich urzeka, szczegolnie Colorada, ktorej kolor wody jest...czerwony! Akurat gdy docieramy do niej z nieba zaczyna padac grad! Mimo to widoki sa niezwykle. Na kazdej lagunie sa flamingi. W Boliwii wystepuja w trzech odmianach- flaming andyjski, chilijski i Jame's.
Do gejzerow docieramy o swicie. Jest strasznie zimno. Z daleka widac unoszaca sie wysoko w powietrze pare. Tryska z cala moca, dajac przyjemne w dotyku uczucie ciepla, ktore w ten mrozny poranek jest przyjemne jak kubek cieplej herbaty. Idziemy dalej nasluchujac odglosow buchajacej pary i dziwnego bulgotu. To lawa, niczym bloto, pluska gleboko w ziemii wydalajac przy tym zapach siarki (lub bardziej kojarzacay sie zapach zgnilego jajka). Wraz ze wschodem slonca naszym oczom ukazuje sie magia barw bulgoczacych zrodel-szarosc stopniowo zamienia sie w zielen i niebieski. Tym razem czujemy sie jakbysmy byly na jakiejs obcej planecie.
Z -5 stopni na zewnatrz wskakujemy do goracego zrodla o temperaturze 30 stopni, ktore usytuowane jest przy kolejnej lagunie. Wygrzewamy sie i delektujemy ostatnimi spojrzeniami na niesamowicie roznorodna Boliwie. Jak do tej pory oprocz Machu Picchu i linii Nazca nic nie zrobilo na nas takiego wrazenia jak te jeszcze cale szczescie malo rozwiniete i tak niezwykle krajobrazy Boliwii. Zaraz mamy przekroczyc granice z Chile.































   


    




   


   


  


 


 


 


 


 


 







 


 


 


 


 


 


 


 

 


 


 


Strona z atlasu geograficznego znalezionego u boliwijskiej rodziny


Granica boliwijsko-chilijska