Zbliża się
koniec naszej trzymiesięcznej wyprawy. Chciałybyśmy
ostatnie dni spędzić w jakimś spokojnym
miejscu na łonie natury. Jesteśmy w Rio de Janeiro, niedaleko już stąd do górzystego
regionu Paraty, znanego z pięknej bujnej przyrody i cudownych plaż. Ruszamy po południu i
wieczorem docieramy do miasta o tej
samej nazwie.
Paraty
(czyt. Paraczi) w języku Indian znaczy "spotkanie wody z morzem". To
jedno z najstarszych miasteczek Ameryki Południowej, leżące u wybrzeża Oceanu
Atlantyckiego. W 1530 roku przybyli tu Portugalczycy i założyli port, skąd
eksportowali do swojego kraju złoto, a później także kawę i tytoń. Miasto
zachowało swój dawny urok i nadal spaceruje się tu starymi brukowanymi ulicami,
podziwiając piękne zabytkowe kamieniczki z okresu kolonialnego.
Jest
ciemno, ulewa, a my musimy jeszcze znaleźć hostel. Opatulone w płaszcze
przeciwdeszczowe mkniemy ulicami miasta, które są całkiem zalane przez wodę. Z minuty na minutę przybiera coraz więcej wody
i robi się istna powódź! Na dodatek im bliżej celu tym coraz mniej latarni
świeci, aż w końcu znajdujemy się w całkowitej ciemności. Mamy latarki, ale
wyjmowanie ich w tym deszczu z wielkiego plecaka nie jest najlepszym pomysłem.
Nagle jakby z nieba nam spadł razem z deszczem jakiś człowiek z latarką (pierwszy napotkany
na naszej drodze!). Prosimy go o pomoc, lecz on nas ignoruje i idzie
dalej! Trudno nam było w to uwierzyć! Na
szczęście za chwilę inny mężczyzna wychodzi nam z pomocą i pomaga dotrzeć do hostelu,
który okazał się być tuż obok. Przemoknięte do suchej nitki rzucamy plecaki i
padamy na łóżka. Budzimy się dopiero następnego dnia. Jakim zaskoczeniem było,
gdy okazało się, że mieszkamy tuz obok plaży, a na dodatek właśnie tam czeka na
nas… śniadanie!
O Paraty mówi się, że jest Wenecją wschodniej Brazylii. Miasteczko
zaprojektowano tak, aby można było korzystać z jego ulic kiedy następuję odpływ
– wtedy opada woda i cofa się do zatoki. Natomiast w czasie przypływu woda
wdziera się specjalnymi kanałami na
nisko zaprojektowane w tym celu uliczki tak, aby zmyć wszystkie
zanieczyszczenia. W ten sposób wykorzystując naturalne przypływy i odpływy wód
morskich całe miasteczko było zawsze
czyste. Chodniki zostały zbudowane wyżej by można było po nich chodzić.
Z Paraty jedziemy dalej na południe, do
Trinidad (czyt. Trińdadź). Nie zapomnimy nigdy tej szalonej jazdy z kierowcą, który pędził krętą
drogą w dół i co jakiś czas gasił światła w autobusie, przy czym na dworze było
ciemno i nie było żadnych latarni! Pasażerowie za każdym razem wydawali przy
tym okrzyki w stylu: „aaa” i „uuu” lub po prostu się śmiali. Jak się później dowiedziałyśmy, kierowca funduje takie atrakcje nowo przybyłym turystom.
W Trinidad
zamieszkałyśmy w domku w lesie. Miasteczko otoczone jest górami i gęstym lasem deszczowym. Małżeństwo Kanadyjczyków wybudowało kompleks
drewnianych domków, do których wiodą naturalne ścieżki. Wszystko wpasowane w
otoczenie, w zgodzie z naturą. To idealne miejsce na chillout, którego
pragnęłyśmy na te ostatnie dni naszej wyprawy. Spotykamy tu międzynarodowe towarzystwo, z którym spędzamy przemiłe wieczory. Po raz trzeci już na naszej drodze napotykamy australijczyka Adama, którego spotkałyśmy już w Urugwaju i Rio. Plaże oddzielone są od siebie gęstym lasem, przez który prowadzą kręte ścieżki pod górkę i z górki, dlatego często skracamy sobie drogę idąc przez skały, co często kończyło się poranionymi nogami. Wylegujemy się na plażach, podziwiamy dziką przyrodę, zajadając się codziennie na śniadanie smakowitym dulce de leche.
Niestety to już nasze ostatnie dni na innym, ale już nie tak obcym nam kontynencie. Przed nami jeszcze krótka wizyta w Sao Paolo, skąd mamy lot powrotny do Polski. Po drodze jeszcze kilkugodzinny przystanek w Barcelonie, wschód słońca w Parku Guell, rzut okiem na postepy w pracach przy Sagrada Familia i wracamy na stare śmieci.
Niestety to już nasze ostatnie dni na innym, ale już nie tak obcym nam kontynencie. Przed nami jeszcze krótka wizyta w Sao Paolo, skąd mamy lot powrotny do Polski. Po drodze jeszcze kilkugodzinny przystanek w Barcelonie, wschód słońca w Parku Guell, rzut okiem na postepy w pracach przy Sagrada Familia i wracamy na stare śmieci.









