Thursday, 27 December 2012

Paraty



   Zbliża się koniec naszej trzymiesięcznej wyprawy. Chciałybyśmy ostatnie dni spędzić  w jakimś spokojnym miejscu na łonie natury. Jesteśmy w Rio de Janeiro, niedaleko już stąd do górzystego regionu Paraty, znanego z pięknej bujnej przyrody  i cudownych plaż. Ruszamy po południu i wieczorem docieramy  do miasta o tej samej nazwie.
   Paraty (czyt. Paraczi) w języku Indian znaczy "spotkanie wody z morzem". To jedno z najstarszych miasteczek Ameryki Południowej, leżące u wybrzeża Oceanu Atlantyckiego. W 1530 roku przybyli tu Portugalczycy i założyli port, skąd eksportowali do swojego kraju złoto, a później także kawę i tytoń. Miasto zachowało swój dawny urok i nadal spaceruje się tu starymi brukowanymi ulicami, podziwiając piękne zabytkowe kamieniczki z okresu kolonialnego. 
    Jest ciemno, ulewa, a my musimy jeszcze znaleźć hostel. Opatulone w płaszcze przeciwdeszczowe mkniemy ulicami miasta, które są całkiem zalane przez wodę. Z minuty na minutę przybiera coraz więcej wody i robi się istna powódź! Na dodatek im bliżej celu tym coraz mniej latarni świeci, aż w końcu znajdujemy się w całkowitej ciemności. Mamy latarki, ale wyjmowanie ich w tym deszczu z wielkiego plecaka nie jest najlepszym pomysłem. Nagle jakby z nieba nam spadł razem z deszczem  jakiś człowiek z latarką (pierwszy napotkany na naszej drodze!). Prosimy go o pomoc, lecz on nas ignoruje i idzie dalej!  Trudno nam było w to uwierzyć! Na szczęście za chwilę inny mężczyzna wychodzi nam z pomocą i pomaga dotrzeć do hostelu, który okazał się być tuż obok. Przemoknięte do suchej nitki rzucamy plecaki i padamy na łóżka. Budzimy się dopiero następnego dnia. Jakim zaskoczeniem było, gdy okazało się, że mieszkamy tuz obok plaży, a na dodatek właśnie tam czeka na nas… śniadanie!
    O Paraty mówi się, że jest  Wenecją wschodniej Brazylii. Miasteczko zaprojektowano tak, aby można było korzystać z jego ulic kiedy następuję odpływ – wtedy opada woda i cofa się do zatoki. Natomiast w czasie przypływu woda wdziera się specjalnymi kanałami  na nisko zaprojektowane w tym celu uliczki tak, aby zmyć wszystkie zanieczyszczenia. W ten sposób wykorzystując naturalne przypływy i odpływy wód morskich  całe miasteczko było zawsze czyste. Chodniki zostały zbudowane wyżej by można  było po nich chodzić.
    Z Paraty jedziemy dalej na południe, do Trinidad (czyt. Trińdadź). Nie zapomnimy nigdy tej szalonej jazdy z kierowcą, który pędził krętą drogą w dół i co jakiś czas gasił światła w autobusie, przy czym na dworze było ciemno i nie było żadnych latarni! Pasażerowie za każdym razem wydawali przy tym okrzyki w stylu: „aaa” i „uuu” lub po prostu się śmiali. Jak się później dowiedziałyśmy, kierowca funduje takie atrakcje nowo przybyłym turystom.
   W Trinidad zamieszkałyśmy w domku w lesie. Miasteczko otoczone jest górami i gęstym lasem deszczowym. Małżeństwo Kanadyjczyków wybudowało kompleks drewnianych domków, do których wiodą naturalne ścieżki. Wszystko wpasowane w otoczenie, w zgodzie z naturą. To idealne miejsce na chillout, którego pragnęłyśmy na te ostatnie dni naszej wyprawy. Spotykamy tu międzynarodowe towarzystwo, z którym spędzamy przemiłe wieczory. Po raz trzeci już na naszej drodze napotykamy australijczyka Adama, którego spotkałyśmy już w Urugwaju i Rio. Plaże oddzielone są od siebie gęstym lasem, przez który prowadzą kręte ścieżki pod górkę i z górki, dlatego często skracamy sobie drogę idąc przez skały, co często kończyło się poranionymi nogami. Wylegujemy się na plażach, podziwiamy dziką przyrodę, zajadając się codziennie na śniadanie smakowitym dulce de leche.
   Niestety to już nasze ostatnie dni na innym, ale już nie tak obcym nam kontynencie. Przed nami jeszcze krótka wizyta w Sao Paolo, skąd mamy lot powrotny do Polski. Po drodze jeszcze kilkugodzinny przystanek w Barcelonie, wschód słońca w Parku Guell, rzut okiem na postepy w pracach przy Sagrada Familia i wracamy na stare śmieci.

































Sunday, 23 December 2012

Miasto Boga


     Rio de Janeiro, ośmiomilionowa metropolia znana z licznych faveli, na czele ze słynną z filmu Cidade de Deus, zwane Miastem Boga. Dżungla w dżungli. To miasto przyciąga każdego roku setki turystów i Brazylijczyków w poszukiwaniu pracy.  Nie jest łatwo. Życie jest drogie, a miasto kusi atrakcjami: znane plaże, kluby, parki, sklepy, knajpy. W Rio nie można się nudzić, a ilość wszystkiego może albo Ciebie wchłonąć niczym czarna dziura albo odepchnąć jak przeciwny biegun magnesu. 
    Co takiego pragną zobaczyć turyści w Rio? Przede wszystkim posąg Chrystusa na górze Corcovado,  „Glowa Cukru” (Pão de Açúcar) oraz piękne plaże Copacabana i Ipanema. Z miejsc godnych polecenia są również schody w dzielnicy Santa Teresa (Escadaria Selarón)  W Rio de Janeiro są dwie stare dzielnice w centrum miasta warte obejrzenia- Lapa i Santa Teresa. Położone na wzgórzu, z piękną kolonialną architekturą, zamieszkałe przez artystów i inteligencje. Lapa słynie z nocnych klubów sklepów muzycznych,  knajp.  Dużo tu street artu, podobnie jak w całym Rio. Santa Teresa jest dzielnica bardziej luksusowa, z eleganckimi kawiarniami i sklepami z wyrobami artystycznymi. Zamieszkują ja głownie zamożni ludzie.
    Szerokie i piaszczyste Copacabana oraz Ipanema przyciąga Brazylijczykow chcących poprawić swoja kondycje. Tu spotkamy biegaczy, rowerzystów, deskorolkarzy, akrobatów i przede wszystkim graczy piłki nożnej. Przychodzą tu drużyny młodych chłopców trenować te  narodowa dyscyplinę sportowa. Służą do tego specjalnie wyznaczone boiska. Kult ciała w Brazylii to również „narodowa dyscyplina”. Piękne ciało jest zawsze na topie i często eksponowane przez kobiety noszące króciutkie spodniczki i głębokie dekolty. Chociaż Brazylijczycy uchodzą za ładnych ludzi, często nie brakuje im kilogramów. Nie można się temu dziwić patrząc na ilości pożywienia wchłaniane przez nich każdego dnia.
Wjechanie Pão de Açúcar czy Corcovado to okazja do owladniecia Rio wzrokiem. Widok na miasto z gory jest niesamowity. Zielone gęsto porośnięte wzgorza o ksztalcie jaja poprzedzierane wieżowcami, a wokol woda. Można zobaczyć, jak wielki obszar zajmują favele, dobrze widoczne przez to, że przeważnie mieszczą się na wzgórzach. Posąg Chrystusa sam w sobie jest rowniez imponujacy. Ogromny, na wysokosc 38 metrow, miał upamiętnić setną rocznicę niepodległości Brazylii. Koszt wjechania na obie góry jest wygórowany, ale zdecydowanie warto to zrobić.
Dobrą okazją by obejrzeć favele z góry jest przejechanie kolejką linową nad nimi. Turyści przewaznie o tym nie wiedzą, ale za jedynie 1 reala można sobie zafundować półgodzinną jazdę nad kawałkiem miasta.
    Favela. To słowo wywołuje w nas niezbyt pozytywne emocje. Są to rozległe dzielnice  zamieszkane przez najbiedniejszą ludność. Pierwsza powstała właśnie w Rio, a właściwie na jego obrzeżu. Obecnie w samym Rio jest mnóstwo faveli. Nie każda z nich jest jednak niebezpieczna, trzeba wiedzieć do której można „wejść i wyjść” z niej cało, a do których nie warto się nawet zbliżać. Poza zagrożeniem życia drugim problemem jest możliwość zgubienia się, bo favele to istna plątanina dykt, tektur i wszelakich materiałów, z których można zbudować prowizoryczne cztery ściany i dach na głowa. Często są tak rozlegle, ze potrzeba całego dnia żeby je przejść. Rio to miasto ogromnych dysproporcji. Tu albo ma się dużo pieniędzy albo nie ma się nic.




kolejka na Pão de Açúcar





katedra

kolejka nad favelą












twórca schodów