Tuesday, 31 January 2012

Bienvenidos a Bolivia

Do Boliwii wjezdzamy od strony chilijskiej. Granica. Stoimy i czekamy juz przeszlo piec godzin. Pasazerowie wysypali sie z autobusow i przechadzaja po niezbyt urokliwej okolicy gospodarujac sobie w jakis sposob czas. Kontrola trwa tak dlugo, bowiem mnostwo osob przewozi sprzet elektroniczny: glownie telewizory, ale tez kuchenki mikrofalowe i inne przedmioty. Jestesmy na granicy wolnoclowej.
Glodne i zmeczone szukamy jedzenia. Kupujemy ryz z kawalkami suszonego miesa, jajkiem i ziemniakami. Roznorodnosc na talerzu to normalna rzecz w kuchni peruwianskiej i, jak sie potem okaze, takze boliwijskiej. Przezuwamy mieso-dziwne w smaku, niepodobne do zadnego wczesniej nam znanego. Slodkawe, troche ciezkie. Dopytujemy sie i dokrywamy tajemnice. Otoz jest to mieso...lamy! Tak, to piekne zwierze o mieciutkim futerku, ktore z gracja biega po pastwiskach And,  jest nie tylko towarzyszem czlowieka. Dzieki niemu mieszkancy gor moga sie ogrzac w surowej temperaturze, jaka panuje w tych rejonach. W Boliwii jest takze zrodlem pozywienia.
Boliwijska czesc And jest nieco inna od peruwianskiej. Znaczna jego czesc tworzy plaskowyz Altiplano. Jest to dosyc niezwykle miejsce. Znajdujemy sie w gorach na wysokosci mniej wiecej od 2000 do 4000 metrow n.p.m, a tu wszedzie wokol ciagnie sie plaski jak tafla wody w jeziorze teren. Dopiero na horyzoncie pokazuja sie gory, ktore swiadcza o tym, ze nie znajdujemy sie jednak na nizinie. O tym, ze jestesmy wysoko daja znac osniezone szczyty, ktore w tej plaskiej perspektywie wydaja sie jakby byly w zasiegu reki. Altiplano zajmuje niemal 1/3 powierzchni kraju i jest bardzo roznorodny. Na polnocy porosniety dziwnymi karlowatymi krzaczkami, na poludniu wielkim kaktusami. Ziemia jest w kolorze bezowym, czerwonym lub zielonym. Skalista badz piaszczysta. Krajobrazy Boliwii, podobnie jak Peru sa niesamowite, zmieniaja sie jak w kalejdoskopie.
Oruro to pierwsze miasto, ktore odwiedzamy. Smrod spalin. Smrod miesa. Smrod smieci i kanalizacji. To nasze pierwsze odczucia, ktore beda sie ciagnely potem za nami jeszcze w innych miastach. Ludzie sa biedniejsi i bardziej zaniedbani niz w Peru. Takze bardziej niedostepni. Trzeba wiecej staran, by uzyskac jakies informacje czy drobny usmiech Boliwijczyka. Na nasze pytanie o toalete czesto spotykalysmy sie ze znaczacym usmieszkiem, ktory mowil: "tu nie ma toalety". Cholity, kobiety z And, ktore nosza rozlozyste sukienki, nie maja problemu z zalatwianiem sie. Wystarczy, ze odejda na kilkanascie krokow, kucna, i hop. Nie chowaja sie specjalnie w ukryciu. My, podrozujace glownie w spodniach, mialysmy z tym nieco wiekszy problem. Czasami, nawet gdy znajdowalysmy toalety, byly w takim stanie, ze wybieralsmy lono natury.
Ciezko podrozuje sie po Boliwii, szczegolnie po jej zachodniej, suchej stronie. Do autobusow dostaje sie kurz z ziemii i smrod z silnika pojazdow, ktore chyba nie slyszaly nigdy o czyms takim jak katalizator.
Boliwia to kraj miesozercow. Niestety czesto mieso ma niezbyt przyjemny zapach. Boliwijczycy jedza duzo miesa z lam, owiec itp. Moze stad ten specyficzny zapach. Za to mozna zjesc i wypic inne specyfiki, ktore sa jak nektar dla podniebienia. Pyszne ciastka i wrzechobecne napoje z cynamonu czy suszonej lub swiezej brzoskwini. Zdarzylo nam sie wypic na stoisku u pewnego pana bardzo dziwny napoj zrobiony z bialka jajka, ktory nastepnie polewal piwem lub pepsi. Coz za wymysl, do tego naprawde pyszny!
O ile w Peru nie trafilysmy na zadna uliczna fieste poza jednym koncertem orkiestry detej, tak w Boliwii az dwa razy w ciagu tygodnia widzialysmy tance karnawalowe. Scislej przygotowania zespolow do wystepow w zblizajacym sie karnawale. W Oruro, gdzie co roku odbywa sie parada z maskami diablow, grupa mlodych ludzi tanczyla przygotowany uklad i grala na trabkach, puzonach i bebnach. Milo bylo uslyszec karnawalowa muzyke, i zobaczyc taniec, ktory jest zupelnie inny niz samba w Brazylii. Ba! Nie tylko zobaczyc, zaprosili nas nawet do tanca :)
Jedziemy do Potosi. To najwyzej polozone miasto na swiecie. Lezy na wysokosci 4000 m.np.m. Tu dopiero zrozumialysmy, czym jest soroche-choroba wysokosciowa. Ciezki oddech i zadyszka co chwila utrudniaja nam normalne funkcjonowanie. Pomagaja nam przetrwac liscie koki. Widzimy, ze o wiele wiecej osob zuje tu koke niz we wczesniejszych miastach andyjskich. Rzeczywiscie jest to zbawienna roslina, nie dziwne ze byla swieta w panstwie Inkow.
Boliwijczycy pomagaja sobie w trudnych warunkach nie tylko liscmi, ale takze alkoholem. Zauwazylysmy pelno pijanych osob, niektorzy siadaja tez za kierownica. Podczas gdy my jadlysmy sniadanie i popijalysmy herbatke panowie zaczynali dzien od piwa. Podobno duzo kobiet jest tu bitych, ale one same, tak jak mezczyzni, lubia uczestniczyc w bojkach po alkoholu (pani z piwem na zdjeciu ponizej, to nasza wspolpasazerka podrozy, ktora czestowala nam piwem i biesiadowala cala 3-godzinna droge z Sucre do Potosi). Nawiasem mowiac piwo boliwijskie jest pyszne :)














































Sunday, 22 January 2012

Cuzco - Machu Picchu

Dotarlysmy do pepka swiata - Cusco - najstarszego wciaz zamieszkanego miasta kontynentu. Wedlug legendy pierwszych Inkow zeslal wielki Bog stworca- Virococha, zeby nauczyli ludzi uprawy ziemi i tkania odziezy z welny lamy. Tak wiec wyslannik Manco Capac prowadzil plemiona w poszukiwaniu ziemi na ktorych zycie byloby slodkie jak ziarna kukurydzy, az dotarl do miejsca gdzie po wbiciu zlotego patyka, potwierdzil ze ziemia jest wystarczajaco zyzna. I tak zalozyl Cusco (w keczua qosqo znaczy pepek swiata), stolice imperium.

Zapukalysmy do hostelu, ktory polecil nam Marco, wspominany juz wczesniej peruwianczyk.
Drzwi otworzyl nam starszy pan, a jak sie pozniej okazalo jeden z trzech dziadkow opiekujacych sie hostelem o wdziecznej nazwie Estrellita (Gwiazdka). Na poczatku uslyszalysmy ze nie ma miejsc, jednak chwile pozniej popijajac mate na dziedzincu obserwowalysmy wyczyny ow trzech dziadkow. Doslownie urzadzali nam pokoj na nowo! Biegali z dolu na gore z rama lozka, z gory na dol z materacem itp. itd. Pokoj byl idealny, dodatkowo rano dziadkowie zaserwowali nam pyszne sniadanie (oszczedzili nam szukania na miescie czegos innego niz serwowany na sniadanie obiad). Zalowalysmy, ze nie mozemy pozwolic sobie na dluzszy pobyt w Estrellicie, jednak nie moglysmy sie juz doczekac zdobycia Machu Picchu. 

Podroz do najbardziej obleganej atrakcji Ameryki Poludniowej okazala sie bardziej kosztowna niz liczylysmy. Pociag dla turystow kosztuje 80$ (w obie strony, 1,5h drogi w jedna), dodatkowo wejscie na samo Machu Picchu 128 soli. Jest mozliwosc jechania okrezna droga i przejscie sporego odcinka na piechote w celu obciecia kosztow, jednak slyszalysmy o niebezpiecznych osuwiskach na drodze (ze wzgledu na pore deszczowa) i zrezygnowlaysmy z tej opcji. Jak sie dowiedzialysmy od peruwianczyka ktory ku naszemu zaskoczeniu mowil troche po polsku (studiowal na Ukrainie!) mieszkancy Peru maja tanszy pociag i wejscie za darmo w niedziele.
Zacisnelysmy zeby, wstalysmy o swicie i ruszylysmy w dluga podroz pod gore. Mimo, ze nie byla to duza wysokosc, to podejscie bardzo strome i meczace. Tu jest dzungla, wiec powietrze jest tak wilgotne ze po zdjeciu kurtek cale parujemy. Po wielu przystankach "na zlapanie oddechu" docieramy do celu.  Zadziwia nas jak wielu mlodych ludzi wybiera opcje podjechania autobusem pod samo Machu Picchu! My dumne ze swojego osiagniecia i zachwycone widokiem spedzamy na szczycie prawie caly dzien. Ruiny sa polozone w otoczeniu pieknych, porosnietych bujna roslinnoscia gor. Turystow jest sporo, ale obszar imperium jest tak ogromny, ze znajdujemy nawet ustronne miejsce na popoludniowa drzemke :)
Machu Picchu zostalo odkryte przez amerykanskiego archeologa Hirama Binghama  w 1911 r. Przybyl on tu w poszukiwaniu Vilcabamby- ostatniej stolicy Inkow, ktora zostala utworzona w glebi dzungli  w obawie przed hiszpanskimi konkwistadorami. Miejscowy wiesniak za 1 sola zaprowadzil go do miasta lezacego pomiedzy dwoma szczytami, pokrytego bujna roslinnoscia i ze zankomiecie zachowanymi ruinami. Jednak teoria, ze odkrycie, to pozostalosci Vilcabamby, szybko upadla. Podczas badan lokalnego cmentarza odnaleziono szczatki glownie kobiecych cial. Nie moglo wiec to byc zwykle miasto, a raczej zapomniane miasto kultu, byc moze klasztor Dziewic Slonca. Za kultem slonca przemawia tzw. "slupek do przywiazywania Slonca", ktory jest prawdopodobnie przyrzadem astronomicznym skonstrowanym do obliczania waznych dat, takich jak np. zrownanie dnia z noca.
Rzeczywiscie udziela nam sie specyficzna aura tego miejsca. Nic dziwnego ze zostalo ono ogloszone jednym z 7 nowych cudow swiata.




























Wednesday, 18 January 2012

W drodze

Podrozowanie po Peru dostarcza tyle samo emocji i moze byc rownie ciekawe co zwiedzanie. 

Trasa trwala czasami dluzej niz powinna, bo w trakcie wsiadaja liczni sprzedawcy oferujacy pasazerom przekaski takie jak kukurydza, chrupki, lody, lokalne sery, jajka i ziemniaki na cieplo,a takze mate de coca,ktora mozna bylo wypic w foliowej torebce. Sprzedawca biletow moze byc jednoczesnie akwizytorem. Zdarzylo nam sie natknac na takiego. Przez spory odcinek namawial pasazerow do zakupu tajemnicznych ziol.
Peruwianczycy podrozuja z wielkimi, foliowymi "ruskimi" torbami, a kobiety dodatkowo przewiazuja wielkie chusty na plecach. Czemu nie maja wozkow dla dzieci? Czemu nie nosza walizek ani plecakow? W podroz zabieraja takze koce,ktorymi okrywaja sie w trakcie nocnej podrozy.
Ciekawa sprawa jest filmowanie czy fotografowanie podroznych przez obsluge linii autobusowej w celu uzupelnienia danych o rysopis pasazera.

Jedna z ciekawszych podrozy zdarzyla nam sie w Huancavelice, malym miasteczku z ktorego trudno sie wydostac. Przez dwa najblizsze dni nie ma autobusow w zadnym kierunku poza tym, z ktorego przyjechalysmy. Nie poddajemy sie jednak i postanawiamy jeszcze raz popytac o wolne miejsca. Jeden z szefow firmy przewozowej wykonuje telefon do Jesusa (hiszpanskie imie meskie :]). Okazuje sie, ze jednak znajduja sie 3 miejsca dla nas. Po dlugim oczekwianiu wsiadamy do pelnego autobusu. Jedyne miejsca jakie na nas czekaja to te na podlodze. Przed nami 8 godzin jazdy po nieutwardzonych serpentynach. W nocy dosiadali sie kolejni pasazerowie, zmniejszajac nasza przestrzen podlogowa. Ania i Maya spaly na karimacie pozyczonej od poznanych wczesniej Argentynek. Ola niestety nie zalapala sie i przy kazdym ostrym zakrecie czy hamowaniu turlala sie po podlodze w swoim spiworze.
Innym razem w siedzialysmy obok kierowcy w szoferce,a za nami cala rodzina,tez w szoferce. W pewnym momencie kierowca dostaje telefon-prawdopodobnie cynk o kontroli policyjnej-bo za chwile zaslania rodzinke zaslonkami tak, zeby ich nie bylo widac. Familia,wczesniej glosna,teraz milknie. Zatrzymuje nas tajniak-koles wygladajacy bardziej na zbira niz policjanta-i sprawdza bagaze. Szoferowi kropelki potu splywaja po twarzy,ale zachowuje spokoj. Na szczescie wszystko konczy sie dobrze. Jedziemy dalej.

Peruwianskie krajobrazy zmieniaja sie niczym w kalejdoskopie. Zielone wzgorza porastaja gdzieniegdzie zolte kwiatki, tworzac piekna palete barw. Wyzej widac szczyty gor pokryte warstwami sniegu. Widoku dopelniaja pasace sie na zboczah gor lamy. Biale, karmelowe, brazowe. Niektore z charakterystycznymi kawalkami materialu zwisajacymi z uszu, ktore sluza do ich oznaczania. Na niektorych odcinkach zbocza skalne porastaja chude, sredniej wysokosci kaktusy.  Peru to jednak nie tylko gory, ale tez ciagnace sie kilometrami piaszczyste wydmy. Roznorodnosc tego magicznego kraju caly czas nas zachwyca.











Saturday, 14 January 2012

Nazca

Pasy zapiete, sluchawki na uszach, silnik juz warkocze. Za chwile wzniesiemy sie, by zobaczyc niezwykle zjawisko, jeden z cudow istniejacych na Ziemii, linie Nazca. Porozrzucane na ogromnym obszarze (500km kw) plaskowyzu Nazca, tworza razem calosc, ktora jak dotad jest nieodkryta tajemnica. Moze to uklad gwiazd, moze znaki dla obcych, moze ladowiska, a moze systemy nawadniajace. Wielu badaczy poswiacilo lata, by odkryc tajemnice, jednak jak dotad nie ma pewnych dowodow. Jedno jest pewne, potrzeba swietnej wyobrazni, zeby narysowac motywy wielkosci od 35 do 300m. Pajak, malpa, koliber i inne zwierzeta. Ale takze astronauta, ktory jako jedyny narysowany zostal na grzbiecie gory. I jako jedyny jest czlowiekiem..
Pomiedzy obrazkami biegna linie w roznych kierunkach. Po co- nie wiadomo. Z lotu ptaka wyglada to wspaniale, pomimo gwaltownych skretow samolotu, ktore wywoluja sensacje zoladkowe, energia nam nie opada. Caly czas bylysmy zachwycone. Wo.......w!!! slychac bylo przy kazdym kolejnym znaku. Szczegolnie z tylnego siedzenia, gdzie siedziala nasza pszczolka :)
Dzien po naszym wyjezdzie z Nazki przyjezdza tu ekipa rajdu Dakar. Niestety minelysmy sie z Holkiem i Malyszem :(