Monday, 9 January 2012

3300m nad Ziemia

Huancayo to miasto polozone na 3300 m. n.p.m., w ktorym zobaczylysmy prawdziwe zycie Peruwianczykow. Na pierwszy rzut oka nie zacheca. Poza glownym placem i katedra budynki sa zaniedbane, architektura jest nieciekwa, a wokol panuje halas. Wystarczy jednak pojsc w strone torow kolejowych, zeby przekonac sie ze warto tu przyjechac. Zaczyna sie tu bazar, ktory obejmuje duza czesc miasta. Mozna tu znalezc wszystko - od czapki z lamy po suszone zaby. To prawdziwe targowisko roznosci. Swieze owoce i warzywa, mnostwo przypraw, kilkadziesiat odmian ziemniakow i ryzu. Peru to kraj ziemniaka i podobno jest tu kilka tysiecy jego odmian. jednak jak dotad dostawalysmy na talerzu wiecej ryzu niz ziemniakow. na bazarze sa takze stoiska z roznymi medykamentami i tajemnymi miksturami, ktore mozna zazyc na miejscu. Jednak najwieksze wrazenie zrobila na nas czesc miesna. Weszlysmy do wielkiej, zadaszonej hali pelnej klatek ze scisnietymi zwierzetami. Byly tam swinki morskie, kroliczki (nawet angorki), kury i kaczki. Na ladach lezaly martwe swinki morskie, zaby, lby roznych zwierzat, nad nimi ciagnely sie rzedy wiszacych kur ze sterczacymi pazurami.
Sprzedawcy i kupcy to przewaznie ludzie z okolicznych wiosek, ubrani w typowo peruwianskie stroje. Kazda señora obowiazkowo ma kapelusz na glowie, zaplecione dwa warkocze, wielowarstwowa spodnice, a na niej fartuch. Na plecach wzorzysta chuste, w ktorej nosi dziecko, zakupy czy towary na sprzedaz.
Peruwianczycy to bardzo pracowity narod. Juz za czasow Inkow lenistwo uwazane bylo za najgorszy grzech. Kobiety sprzedajac czy pasac bydlo nie marnuja czasu i robia na drutach. Czesto widzialysmy tez matki karmiace male dzieci w trakcie pracy, a najbardziej zadziwila nas Pani, ktora sprzedawala bilety w autobusie. Nierzadkim widokiem sa tutaj takze pracujace dzieci. Od pucybutow przez kelnerki po bileterow autobusowych.
W Huancayo jestesmy traktowane wyjatkowo, bo rzadko docieraja tu turysci. Przez 3 dni naszego pobytu nie spotkalysmy ani jednego gringo. Wszyscy interesuja sie nami, szczegolnie Majki kreconymi wlosami :) Ludzie nawet prosza abysmy zrobily sobie z nimi zdjecie. Pytaja skad jestesmy, usmiechaja sie do nas i sa niezwykle serdeczni. Wkladaja nasze plecaki do innego luku bagazowego, zeby nie jechal z warzywami, a gdy okazuje sie ze nie ma juz miejsc na autobus, po naszych prosbach miejsce "sie znajduje".
Poznalysmy Marco - przewodnika gorskiego z Huancayo, zafascynowanego wspinaczka i Jerzym Kukuczka (pokazal nam nawet jego ksiazke w hiszpanskim wydaniu). Opowiedzial nam sporo o swojej pracy, Andach i kulturze peruwianskiej. Polecil nam malo oblegana, ladna trase widokowa w dolinie za miastem. Postanowilysmy ja zrobic. Pojechalysmy do Chupaki i ledwie wysiadlysmy z autobusu, uslyszalysmy dzwieki muzyki. Na glownym placu grala orkiestra skladajaca sie glownie z instrumentow detych, przy ktorej tanczyli ludzie. Stamtad wzielysmy collectivo do Nahuimpuquio. Byl to samochod typu combi, ktory rusza gdy wypelni sie po brzegi, lacznie z bagaznikiem.
Dotarlysmy na peruwianska wies! Przy jeziorze zjadlysymy pyszne, hodowane tutaj truchas (pstrag). Kazda z nas przyrzadzona na inny sposob:
- ceviche de trucha, czyli kawalki surowej ryby z sokiem limonki i ziolami z dodatkiem kukurydzy, polecane nam jako peruwianski przysmak,
- chicharon de trucha, czyli kawalki usmazonej ryby w panierce
- trucha de parilla, czyli cala ryba prosto z grilla.
Ryba byla naprawde swieza, bo zostala zlowiona i wypatroszona na naszych oczach.
Uzywajac lornetki Mayi wypatrzylysmy na wzgorzu ruiny Arhuaturo, do ktorych chcialysmy dotrzec. Wspinaczka, mimo ze krotka, w pelnym sloncu i na tak duzej wysokosci (3450 m), sprawila nam wiele trudnosci (chyba musimy jeszcze pocwiczyc przed Machu Picchu). Warto bylo, bo krajobraz odebral nam mowe. Daleko na horyzoncie wylanialy sie zza chmur szczyty 5-tysiecznikow andyjskich. Pod nimi roztaczal sie wisok na okoliczne wsie w dolinie Mantara. Transport w drodze powrotnej byl rownie ciekawy. Zabralysmy sie stopem na pake pick-upa wypchanego lokalsami.
Przemieszczanie sie w peruwianskich miastach jest bardzo latwe, wystarczy wyjsc na ulice i zaraz zjawia sie jakis minibus. Mimo ze sa wyznaczone przystanki, mozna go zatrzymac w kazdym miejscu. Taka przejazdzka zwykle kosztuje 1 sola, tak jak wiekszosc rzeczy tutaj.
Jednym z ulubionych elementow podrozy dla nas jest odkrywanie nowych smakow. W Huancayo sprobowalysmy:
- ponche- bardzo slodki napoj mleczny z ryzem i smietana oraz soki z owocow podawane na cieplo,
- sok z trzciny cukrowej,
- chicha morada- napoj z ciemnej kukurydzy,
- pisco- rodzaj brandy z bialych winogron. To narodowy alkohol Peru, zwykle spozywany w postaci koktajlu "pisco sour" z bialkiem jaj, sokiem z limonki, slodkiem syropem, lodem i kropla gorzkiej wodki,
- kawa na sposob peruwianski to kubek wrzacej wody, do ktorego dolewa sie zaparzona oddzielnie zimna esencje. W ten sposob mozna zaparzyc kawe wg uznania. Ania do pierwszej kawy wlala za duzo esencji i serce malo nie wyskoczylo jej piersi,
- kolorowe kaktusy- zielone, pomaranczowe i rozowe,
- lokalny bialy ser.
Sniadania w Peru sa bardzo ciezkie. Przewaznie jada sie zupe, ale tez dania z miesem, ktore sa typowymi daniami obiadowymi. Nie za bardzo nam to odpowiada i wybieramy cos lzejszego.
Wlasnie jestesmy w Huancavelice, ktora jest przystankiem po drodze do Ayacucho.






 
































No comments:

Post a Comment