Wednesday, 4 January 2012

Lima

Palmy, kaktusy, wielobarwna kolonialna architektura, kakofonia dzwiekow- to nasze pierwsze wrazenia z Limy. Wszedzie na ulicach slychac bileterow wygladajacych z zatloczonych minibusow, wykrzykujacych kierunek jazdy. Chaotyczny ruch, duzo reklam w formie napisow na budynkach, bozonarodzeniowe ozdoby i mieszanka kulturowa.
Zamieszkalysmy w dzielnicy Miraflores, z ladnymi domami i apartamentowcami, uwazana tutaj za bogata i bezpieczna. Za pokoj w hostelu zaplacilysmy 25 soli (ok. 30 zl), co nie jest najtansza opcja, ale na pierwsze dni podrozy jest ok.
Pierwszego dnia wyruszylysmy zwiedzic nasza okolice. Ogolnie bardzo ladna, chociaz zdziwily nas ogromne, w polowie zniszczone, mimo to zamieszkale bloki. Zachwycilo nas wybrzeze Pacyfiku z wysokimi, urwistymi klifami, niezwykla roslinnosc, surferami i paralotniarzami. Na skarpie jest piekny park milosci zaprojektowany w stylu parku Guel Gaudiego w Barcelonie. Turystow mozna policzyc na palcach jednej reki, a wiekszosc z nich pochodzi z innych krajow Ameryki Lacinskiej. Przy glownych ulicach skupiaja drogie knajpy. Jesli jednak skrecimy troche w bok, mozna znalezc naprawde tanie jadlodajnie, w ktorych siedza sami lokalsi. Popularne sa menu dnia, np. kurczak z soczewica i ryzem + rosol za 7 soli. Sprobowalysmy caldo de Gallicia (rosol z jajkiem i ziemniakami, doprawiany limonka), chaleta o bisteda de pollo con lentejas (filet z kurczaka z soczewica), arroz chuta de Pavita (ryz z warzywami i kawalkami miesa z indyka). Zgasic pragnienie mozna swiezymi sokami (jugos) z przepysznych owocow typu papaja, mango, banan, a takze z warzyw. Nie wszystkie znalysmy, np. tuna (kaktus), yacon (podluzne warzywo, wygladem przypominajace batat). Skosztowalysmy tez Inki coli-peruwianskiego napoju, ktory smakuje jak...polska oranzada!
Ogolnie ludzie sa przemili i pomocni, czuc od nich indianski spokoj. Na targach z pamiatkami nikt nas nie nagabuje, jak ma to miejsce np w Azji. Rekodziela mozna kupic bardzo tanio. Bransoletki juz za sola, torebki za 10 zl (Majka oczywiscie wpadla w torbomanie:).
Jeszcze przed zachodem slonca pojechalysmy (minibusem za 1 sola) do artystycznej dzielnicy Barranco. Zdecydowanie mniej turystycznie niz na Miraflores i wiecej kolonialnych budynkow. Mnostwo tam graffiti i knajpek z ciekawym wystrojem. Sztuka jest naprawde na poziomie. Caly czas zaskakuje nas pomyslowosc Peruwianczykow. Choinki zrobione z plyt cd czy lalek, szopka z kartonow mleka. Zdaje sie, ze peruwianczycy mocno kultywuja swieta. Wszedzie mikolaje, renifery, szopki bozonarodzeniowe-w sklepach, kosciolach, hostelach. Nawet na jednym z zabytkowych budynkow w centrum Limy olbrzymi mikolaj niczym godzilla przycupnal na dachu.
Kierujac sie w strone wybrzeza mijalysmy ogromna liczbe lokalsow wracajacych z plazy. Zachod byl nieziemski! Nad oceanem unosila sie fiolotowa mgla. Lima jest niemalze przez caly rok spowita mgla zwana garua, ktora jest spowodowana jej specyficznym polozeniem. Brak slonca powoduje u mieszkancow obnizenie nastroju. Ciekawe jak to wplywa na ich codzienne funkcjonowanie i rozwoj miasta? Mimo, ze promienie slonca sa niewidoczne, to dosiegnely nas. Dopiero gdy wrocilysmy do hostelu, zorientowalysmy sie jakie poparzenia mamy na twarzy i dekolcie.

Drugiego dnia pojechalysmy do centrum Limy. Oszalamiajaca architektura! Nie spodziewalysmy sie tego po tym po opisie Limy w przewodnikach. Wiekszosc budynkow w scislym centrum ma drewniane werandy na pietrze. Glowny plac obstawiony przez policje turystyczna i zwyklych policjantow z tarczami stwarzaja poczucie bezpieczenstwa. Zwiedzilysmy kosciol Santo Domingo z wieza, z ktorej roztacza sie panorama na Lime. Jest tam zabytkowa biblioteka i piekny dziedziniec. Mozaika, luki w stylu arabskim, drewniane balkony z drzewa cedrowego sprowadzane z Ameryki Srodkowej. Warto zobaczyc. W cenie biletu (5soli) dostalysmy darmowego przewodnika, ktory nie tylko oprowadzil nas ale tez byl zrodlem wielu cennych wskazowek na temat Peru (spedzilysmy tam jakies 2 godziny!). Polecil nam tani bar, do ktorego wyglodniale popedzilysmy prosto z kosciola. Probujemy kolejne nieznane nam dania. Dzisiaj popularne papa a la huancaina (ziemniaki w sosie serowo-smietanowym), tamales (placek kukurydziany) i hicharron de pescado (panierowane kawalki ryby smazone z ziemniakami). Pycha!
W Limie mozna spotkac osoby handlujace waluta na ulicy. Maja oni odblaskowe kamizelki z napisami Dollars, wiec nie da sie ich nie zauwazyc. Nieopodal placu San Martin jest nawet ulica, gdzie sa tylko oni. My jednak wybieramy kantor :]
To co nam sie rowniez rzucilo w oczy to pucybuty na kazdym kroku. Buty mozna wyczyscic sobie w dowolnym miejscu: w parku, na chodniku i w specjalnie do tego przystosowanych budkach.
Na dworcu autobusowym pani w spiewajacy sposob zapowiadala autobusy! To bylo dosyc zabawne, zwlaszcza w porownaniu z zapowiedziami pan na polskich stacjach. Dworcow jest tyle samo ile firm autobusowych. Okazalo sie, ze jestesmy na niewlasciwym. Po poszukiwaniach znalazlysmy firme, ktora proponowala nam autobus do Huancayo za 50-70 soli. Drogo! Zaczelysmy pytac o inne autobusy, znalazlysmy za 30 soli taki, ktory odjezdza gdy sie zapelni:) Oczywiscie z dworca w innej czesci miasta.
Caly czas pijemy soki swiezo wyciskane, jest goraco, a my poparzone chodzimy w dlugich rekawach.
Jutro kierunek Huancayo. O ile znajdziemy wlasciwy dworzec;) Gory i indianie Keczua nie mowiacy po angielsku.





















2 comments:

  1. Dziewczyny!! Piszcie jak najczęściej, pierwsze zdjęcia niesamowite!!!Bawcie się dobrze, będę śledzić Was uważnie!!Dagi:*

    ReplyDelete